Super Bowl LX, czyli moja noc bez amerykańskiego snu

Wielkie oczekiwania

Super Bowl LX to już historia. Tym razem nie spełnił się mój amerykański sen. Liczyłam na show, ale muszę przetrzeć oczy po nieprzespanej nocy, która okazała się oszczędna w wielkie emocje, skoki adrenaliny i zachwyt nad reklamami, na które tego jednego dnia nie czeka wyłącznie branża marketingowa.

Jak co roku szykowałam się na ten wyjątkowy wieczór, który pozwala mi poczuć się, choć trochę, jak prawdziwa american girl. Moja miłość do USA w tą jedną – u nas, rzecz jasna – noc może eksplodować. Super Bowl jest dla mnie kwintesencją amerykańskiego snu: sportu podniesionego do rangi widowiska, popkultury w najczystszej postaci i marketingowego spektaklu, który nie ma sobie równych.

Tegoroczny finał NFL nie dostarczył jednak tego, na co czekałam przez cały sezon. Zamiast widowiska, które trzyma w napięciu do ostatnich sekund, dostałam mecz przewidywalny i zachowawczy przez trzy kwarty. Dopiero ostatnia mogła choć trochę odczarować moje rozczarowanie. Uczciwie muszę jednak przyznać, że nie było tragicznie, sennych momentów przez całą noc doświadczyłam niewiele. A w przypadku Super Bowl to właśnie brak emocji byłby największym możliwym zarzutem. Bo gdy finał NFL nie porywa ani sportowo, ani popkulturowo, pozostaje tylko zmęczenie i pytanie: czy naprawdę warto było zarwać noc?

Paradoksalnie w tym roku to właśnie sam mecz okazał się jego największą wartością. Seattle Seahawks zdominowali chłodnych Patriots, co przy całej mojej sympatii do Kansas City Chiefs, pozwoliło mi zakończyć ten wieczór z poczuciem sportowej satysfakcji, nawet jeśli nie było to spełnienie futbolowych marzeń.

Autorka artykułu w noc Super Bowl 😉

Halftime Show bez show

A co z half time show? Już na etapie wyboru gwiazdy tegorocznego Super Bowl, nie oczekiwałam zbyt wiele. Bad Bunny nie jest artystą, którego słucham, choć nie sposób odmówić mu sukcesu. Liczba nagród i miliony odtworzeń w sieci jasno pokazują, że ten chłopak przeżywa właśnie najlepszy moment w swojej karierze. Szczerze muszę przyznać, że zdziwiły mnie te liczby.

Mimo braku wielkich oczekiwań, jak co roku czekałam jednak na ten występ. I rzeczywiście Bad Bunny podzielił Amerykę. Jedni są zachwyceni, inni nie kryją swojego oburzenia. Dla mnie był to jednak przede wszystkim pokaz, który nie rozpalił muzycznych emocji. To nie mój styl, a wokalnie ten występ wypadł po prostu słabo.

Na plus zapisać można za to gości, Lady Gagę i Ricky’ego Martina  oraz wizualną stronę widowiska. Rozbudowana scenografia, „ludzie-krzaki”:) i symboliczny, stary amerykański pickup przykuły moją uwagę.

To jednak wciąż za mało, by mówić o show na miarę amerykańskiej potęgi. Od Super Bowl oczekuję przesady, rozmachu i widowiska, w którym amerykańskość aż kipi. Tym razem tej iskry zabrakło.

Oczekiwania vs rzeczywistość

Dostałam za to slogany o sile miłości nad nienawiścią oraz pokaz kultury latynoskiej i jej jedności. Bad Bunny jako pierwszy headliner w historii tego wydarzenia śpiewał wyłącznie po hiszpańsku, chyba po to, by uczynić swój występ głosem Portoryko i całej społeczności latynoskiej w USA.

Zdaję sobie sprawę, że Halftime Show to dziś coś więcej niż muzyka. To globalna scena kulturowa i społeczna, gdzie artyści chcą celebrować swoją tożsamość, promować jedność i inkluzywność, a czasem komentować tematy społeczne i polityczne.

Ale czy ja tego oczekuję? Ja liczę przede wszystkim na prawdziwy, amerykański vibe. Na dzień, w którym jem burgery i żeberka, kibicuje przy telewizorze i mogę poczuć, że to totalne święto Amerykanów. Nie chcę martwić się polityką ani sloganami, którymi ludzie obrzucają się na lewo i prawo. Każdy powie, że „miłość zwycięża nad nienawiścią” –  okej, ale dla mnie Super Bowl to przede wszystkim rozmach, jedzenie, muzyka, odjechane reklamy i fun z oglądania finału NFL. 

W tym roku tego nie dostałam. Ale żeberka i dobre jedzonko owszem. 🙂 

Zdjęcie z nocnego oglądania Super Bowl

AI i absurd na największej reklamowej scenie świata

A co w temacie reklam, zapytacie? Zawód. Ale po kolei.

Do reklam na Super Bowl podchodzę z dystansem i uważam, że to najlepsze podejście. Trzeba zmienić sposób myślenia. Europejczycy często nie są gotowi, by w pełni złapać kontekst i interpretować spoty tak, jak oczekiwaliby tego ich twórcy. W końcu to reklamy skrojone pod amerykańskie społeczeństwo, osadzone w ich kulturze, poczuciu humoru i popkulturze. Oglądając je, większość z nas patrzy i nie dowierza – to zabawne.

Podczas Super Bowl LX marki płaciły za 30‑sekundowy spot średnio 8–10 milionów dolarów, za pół minuty uwagi setek milionów ludzi. A to dopiero początek: do tego dochodzą koszty produkcji, muzyki, znanych twarzy i całych kampanii w social media. Dla największych marek jedna reklama to dziesiątki milionów dolarów.

W tym roku w blokach reklamowych najbardziej rzucała się w oczy sztuczna inteligencja. Nie wszystkie spoty były super, ale kilka naprawdę mnie zainteresowało.

Tak więc mogliśmy zobaczyć reklamy, które balansowały na granicy geniuszu i absurdu:

  • Małe kłębki ogolonego włosia, ożywające jako postacie śpiewające emocjonalną balladę o odrzuceniu po goleniu (MANSCAPED). Dziwne i obrzydliwe, na ogolone włosy nie spojrzę już tak samo. 😀
  • Toalety, sedesy i pisuary wykonujące cover Phila Collinsa (Liquid I.V.). Absurdalny humor, surrealistyczne wizualizacje, viral gotowy.
  • Keg z piwem Bud Light staczający się z górki przy wolno płynących dźwiękach Whitney Houston. Slapstick i chaos, z udziałem Post Malone, Peytona Manninga i Shane’a Gillisha.
  • Sabrinę Carpenter projektującą idealnego chłopaka… z chipsów Pringles. Absurd i humor w czystej postaci.
  • Emocjonalną historię farmera i córki w reklamie Lay’s „Last Harvest”, która wzruszyła miliony widzów, ale dla mnie jest trochę sztuczna i przesłodzona.

Wielka czwórka – moje top spoty tegorocznego Super Bowl

Mam jednak swoją wielką czwórkę reklam, przy których moje marketingowe serduszko, z różnych powodów, zabiło szybciej. Przed Wami lista moim zdaniem najlepszych spotów Super Bowl LX:

1. Pepsi i „The Choice”
To oczywiste, że tej reklamy nie mogło zabraknąć w tym podsumowaniu.
Pepsi pozamiatało. Ten spot, reżyserowany przez Taikę Waititiego, to prawdziwy popkulturowy rollercoaster. Na temat tej reklamy powstało już wiele recenzji i artykułów. Mój komentarz jest zbędny. Po prostu to zobaczcie.  

2. Dunkin’
Gwiazdorski powrót do lat 90. z Benem Affleckiem, Jennifer Aniston i Mattem LeBlancem. Humor, nostalgia i kawa Dunkin’ jako codzienna przyjemność wplecione w lekko absurdalny świat sitcomów.

3. Budweiser i „American Icons”
Klasyka, która nie zawodzi. Źrebak Clydesdale i bielik w patriotycznej, wzruszającej opowieści. To reklama, która celuje prosto w serce, muzyka rockowa w tle, piękne obrazy i poczucie tradycji. To działa.

4. Pokémon i „What’s Your Favorite?”
30 lat Pokémonów i cała plejada gwiazd: Lady Gaga, Jisoo, Trevor Noah, Charles Leclerc. Główne pytanie: „Jaki jest Twój ulubiony Pokémon?” Te spot przypomina, że marka łączy pokolenia. Nostalgia, humor, trochę muzyki, celebryci. Po prostu chcesz być częścią tej społeczności.

I prawie na sam koniec spot, który była dla mnie ważny, wiadomo, z miłości do motoryzacji, tej amerykańskiej. 

Cadillac i „The Mission Begins”
Cadillac postanowił wejść w Formułę 1 i pokazać to całemu światu. Futurystyczne wizualizacje, szybkość, ambicja i wizja marki jako innowatora. Reklama mniej emocjonalna, bardziej prestiżowa i technologiczna, ale w tym zestawieniu nie mogłam jej pominąć, bo robi wrażenie na każdym, kto lubi nowinki motoryzacyjne i spektakularne obrazy.

I wisienka na torcie, a  może jednak poza nim, bo wspomnę tu o reklamie, która nie pojawiła się w bloku reklamowym Super Bowl, z powodów, hmm jak sama marka przyznaje, finansowych. Jeep nie wykupił czasu antenowego w trakcie meczu, ale marka sprytnie wykorzystała cały tydzień reklamowy wokół GAME DAY i wypuściła internetowy spot promujący All‑New 2026 Jeep® Cherokee Hybrid. To moim zdaniem reklama, która aspiruje do bycia „najlepszym nie‑Super‑Bowlowym spotem roku” 😉 

Czas na podsumowanie drodzy czytelnicy

Super Bowl to coś więcej niż sport. To popkultura, śmiech i wzruszenia, reklamy, które bawią i zaskakują, rozmowy przy ekranie, burgery, żeberka i chicken wings pożerane o trzeciej nad ranem (w Polsce:D). To te wszystkie małe chwile, które łączą ludzi, niezależnie od miejsca na świecie.

Chociaż tegoroczny finał nie spełnił wszystkich moich oczekiwań, zostawił mi wspomnienia, które zostaną na długo, i tę jedyną w roku nadzieję, że kolejny Super Bowl będzie jeszcze lepszy. Bo nie ma drugiego takiego dnia pełnego adrenaliny, absurdalnego humoru i totalnego amerykańskiego szaleństwa.

Zdecydowanie będę czekać na kolejny Super Bowl, gotowa na wszystko, co przyniesie. Touchdown, baby!

PS. Spostrzegawczy czytelnik od razu zauważy, że całkowicie pominęłam fakt, że Toyota jest oficjalnym partnerem motoryzacyjnym NFL. Nie chciałam się denerwować 😀 Wybaczcie 😉