Letnisko Wisola – cisza, las i jurty z duszą

Są takie miejsca, w których po prostu chce się posłuchać ciszy. I choć brzmi to jak banał – serio, to potrafi być naprawdę przyjemne.

My takie miejsce odkryliśmy… może nie do końca przypadkiem, bo większość naszego życia kręci się wokół motoryzacji – i tym razem nie było inaczej.

W pogoni za pasją

Przyciągnęło nas wydarzenie dla fanów amcarów. Gdzieś pośrodku lasu, w samym sercu Ińskiego Parku Krajobrazowego, nad jeziorem Stubnica, miały zaparkować na weekend samochody z duszą – fury zza oceanu. Taka wizja nas przekonała i mimo paskudnej pogody zdecydowaliśmy się na podbój województwa zachodniopomorskiego.

Czasem mam momenty, że przeklinam pod nosem tę naszą dziecięcą pogoń za pasją, marzeniami i nieustanną potrzebę działania. Ludzie siedzą w domu, oglądają Netflixa i mają spokojne życie. Takie myśli krążyły mi po głowie podczas tej deszczowej trasy. A jednak z każdym kilometrem coraz bardziej czułam, że te rejony Polski odwiedzamy zdecydowanie zbyt rzadko. To była piękna droga – mimo wszystko.

Po sześciu godzinach dotarliśmy do celu. W końcu mogliśmy zacząć odkrywać uroki Letniska Wisola.

Zapomnieć o całym świecie…

Letnisko Wisola to miejsce z historią, które właśnie zaczyna oddychać nowym życiem. Czuć tam świeżą energię, jakby pojawiła się razem z nowymi właścicielami.

Pomyśl o tych najfajniejszych koloniach nad jeziorem – domki w lesie, plaża, miejsce na ognisko, boisko do siatkówki… A teraz dorzuć do tego restaurację na terenie kompleksu, drewniany pomost wychodzący w jezioro, saunę z widokiem na wodę i – wisienka na torcie – jurty, w których można się zaszyć i zapomnieć o całym świecie.

Nie ukrywam – to wizja noclegu w jurcie najbardziej przekonała mnie do tego wyjazdu. Nigdy wcześniej w jurcie nie spałam i byłam bardzo ciekawa tego doświadczenia. Na samą myśl o nocowaniu w tak… hmm, “egzotycznym” miejscu aż przebierałam nogami.

I nie myliłam się. To, co zobaczyłam na własne oczy, przerosło moje oczekiwania. Nie sądziłam, że wnętrze jurty może być aż tak nowoczesne i jednocześnie klimatyczne. Drewniane belki, stylowe meble, w pełni wyposażona kuchnia, sofa ustawiona tak, by z niej rozpościerał się widok na taras i jezioro, kominek… A do tego łazienka, której nie powstydziłby się porządny hotel.

I serce jurty – boska antresola z łóżkiem tuż pod świetlikiem, przez który w nocy można podziwiać gwiazdy. Czy to brzmi jak bajka? A jednak – to wszystko tam naprawdę jest.

To był moment, w którym naprawdę potrzebowałam takiego wyjazdu. Chciałam się wyciszyć, odetchnąć, złapać równowagę. I choć siedząc w jurcie dało się w ciągu dnia usłyszeć muzykę ze sceny American Festu – zupełnie mi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, miało to swój urok. A może po prostu jestem już trochę “spaczona” tą moją motoryzacyjną zajawką?

Trochę magii…

Najbardziej magiczne były poranki – leżenie pod świetlikiem i widok drzew poruszających się na wietrze nad naszymi głowami.

Wieczory przy rozpalonym kominku miały w sobie równie dużo uroku. W pewnym momencie wyobraziłam sobie, jak cudownie byłoby spędzić tu Boże Narodzenie – tylko we dwoje, z dala od świata. Pięknie.

Na szczególne uznanie zasługuje też fakt, że w jurcie nie ma telewizora ani radia. I wiesz co? Wcale tego nie potrzebujesz. Co więcej – ich brak okazuje się wręcz błogosławieństwem. Nagle okazuje się, że rozmowa to najprzyjemniejsza forma rozrywki i sposób na wspólne spędzenie czasu.

Pobyt w Letnisku Wisola będzie kojarzyć mi się

  • ze spokojem, choć spokojnie zdecydowanie tam w ten amcarowy weekend nie było,
  • z relaksem, bo może jak jest intensywnie to właśnie wtedy odpoczywam, 
  • z pięknymi widokami, choć pogoda mogłaby być łaskawsza. 

Morał z tej całej bajki jest taki, że… zdecydowanie tam wrócimy, bo takie bajki po prostu lubimy. 

Warto. Polecamy.